#WarszawaBezTurystów – rzuć wszystko i chodź na Wolę!

Dzisiaj wyjątkowo nie przeczytasz naszego artykułu. W zakamarki warszawskiej Woli zabierze Cię Monika. Przygotowała dla Ciebie dużo opisów i jeszcze więcej zdjęć. Koniecznie daj jej znać na koniec jak Ci się podobał ten artykuł!

Warszawa. Miasto pełne kontrastów, miejsc przesiąkniętych historią i tych uderzających nowoczesnością. Dla mnie to miasto, w którym za każdym razem odkrywam coś nowego, zaskakującego. Nawet w miejscach, które wydawało mi się, że znam na wylot, bo „przecież już tyle razy tędy przechodziłam”, a tu proszę ni stąd, ni zowąd nagle moim oczom ukazuje się jakiś nowy detal, coś na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Nie wspomnę już o tym, ile jest jeszcze miejsc, w których w ogóle nie byłam, przypuszczam, ba! nawet jestem pewna, że całe mnóstwo. Między innymi dlatego spacery po Warszawie są tak inspirujące i cóż mogę powiedzieć… chyba nigdy mi się nie znudzą.

Pewnie zastanawiasz się, co ja tu w ogóle robię. Spieszę już zatem z wyjaśnieniami. Kiedy w sierpniu 2016 r. pojawił się pierwszy artykuł na blogu (który zresztą regularnie czytuję ;)) zapowiadający całą serię #WarszawaBezTurystów stwierdziłam woow świetna sprawa, będzie kolejna inspiracja i pomysły na nowe, a co najważniejsze mniej znane i niesztampowe miejsca do eksploracji. Kilka tygodni temu, po przeczytaniu podsumowania działań podejmowanych na blogu w 2017 r. doszłam do wniosku, że nie ma innej opcji, ten projekt musi mieć swoją kontynuację. I tak to… Paweł zgodził się na naszą małą współpracę, umożliwiając mi przekucie pasji w coś realnego, a ja bardzo, bardzo mu za to dziękuję 🙂

Wstęp za nami, to co… zaczynamy!

Pierwszą dzielnicą, którą chcę Ci pokazać, widzianą moimi oczami jest Wola. Wspaniałych, inspirujących miejsc jest tu wiele, jednak wszystkiego nie jesteśmy w stanie razem zobaczyć, dlatego wybrałam kilka, zupełnie różnych, dla jednych mniej, dla innych bardziej oczywistych lokalizacji. O każdym miejscu napiszę dosłownie kilka słów, liczę na to, że uda mi się rozbudzić w Tobie ciekawość i chęć do odwiedzenia, a może nawet poszukania dodatkowych informacji choć o części z nich. To jedyny sposób, aby chociaż trochę poczuć ducha Woli na własnej skórze. Także będzie coś i dla duszy, i dla ciała, a na koniec uwaga, uwaga!… kilka ciekawostek. Nie daj się prosić, rzuć wszystko i chodź na Wolę! 🙂

Wolskie ostańce

Budynki, których mury widziały tak wiele, przetrwały bombardowania wojenne, Powstanie Warszawskie, a teraz zapomniane, opuszczone, pozostawione na pastwę losu czekają na swój kres. Niemi świadkowie historii, naszej historii. Część już bezpowrotnie zniknęła z wolskiego krajobrazu, dlatego te które jeszcze są naprawdę warto się pospieszyć i pójść zobaczyć. W wielu przypadkach ich stan techniczny jest fatalny, więc mogą to być ostatnie chwile. Co jakiś czas pojawiają się informacje, że kolejny budynek ma podlegać rozbiórce, jedyna iskierka nadziei to ludzie, którzy stają w ich obronie, walczą o zachowanie tego dziedzictwa. Kibicuję im z całego serca i cóż… jak dobrze, że są. Poniżej przedstawiam kilka wybranych, niesamowitych obiektów.

Waliców 14

Jedna z najbardziej znanych przedwojennych kamienic tego rejonu Warszawy, ale nie mogło jej tu zabraknąć. Pierwszy raz trafiłam w to miejsce na spacerze miejskim. Pamiętam, jak stanęłam naprzeciwko tych murów, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Wpatrując się w poszarpane ściany, powybijane szyby w oknach, zastanawiałam się nad ludźmi którzy tu mieszkali, jakie mieli życie, codzienne problemy, czy byli szczęśliwi… czymś niesamowitym jest moment, kiedy uświadamiasz sobie, że ten budynek widzieli ludzie, którzy żyli i zostali tak strasznie doświadczeni w czasach wojny i Ty też go widzisz, to jest cały czas ten sam budynek. Obecnie możemy oglądać zachowane oficyny, budynek frontowy został zniszczony w wyniku wybuchu samobieżnego ładunku wybuchowego typu „Goliat”.

Mury pamiętają tragiczne czasy getta i Powstania Warszawskiego, noszą ślady po kulach. Aktualnie kamienica jest wysiedlona, niszczeje. Na ścianie od strony ul. Grzybowskiej znajduje się słynny mural – niezwykle przemawiający do odbiorcy napis „kamień i co” oraz błyszczący, czerwony balonik. Obejrzyj go dokładnie, bo nie każdy zauważa, że w baloniku odbija się fragment panoramy miasta.

Łucka 8

 

Kamienica Abrama Włodawera to najstarsza zachowana wolska kamienica czynszowa (1878 r.). Przetrwała wojnę, a teraz opuszczona, w katastrofalnym stanie technicznym, który stopniowo się pogłębia, już praktycznie pozbawiona dachu.

Od podwórka można zobaczyć piętrową oficynę, a od frontu na pozbawionych tynku ścianach dwa samotnie wiszące balkony. Ten niemy świadek historii znika na naszych oczach… przykre.

Wolska 67

Kamienica, która dostąpiła cudu? Być może, ale o tym za chwilę. Zacznijmy od najważniejszego. Pod adresem Wolska 67 kryje się niesamowity przedwojenny budynek, który posiada skromny, ale zarazem niezwykle cenny detal architektoniczny. Mianowicie na elewacji frontowej można ujrzeć dość nietypową kapliczkę – medalion Matki Boskiej z Dzieciątkiem z blaszanym obramowaniem. Według relacji tych, którzy pamiętają wydarzenia z 1944 r., idący na wygnanie mieszkańcy Warszawy zatrzymywali się właśnie tu, gdyż była to dla nich ostatnia szansa na pomodlenie się o łaskę przed świętym obrazkiem.

Z medalionem związana jest również inna historia z tamtych czasów. Pod opisywaną kapliczką Niemcy postawili szybkostrzelne działko. Ocaleni mieszkańcy budynku z naprzeciwka byli przekonani, że to Matka Boska nad nimi czuwała, nie pozwalała celnie trafiać obsłudze działka i uchroniła ich od niechybnej śmierci. Trudno odmówić temu miejscu symboliki. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że obecnie budynek jest w znacznej części zasłonięty przez ogromne wielkoformatowe reklamy, które od frontu skutecznie uniemożliwiają dojrzenie bryły budynku.

Zapytasz – a co z tym cudem? Ponoć w 2010 r. na zachodniej ścianie budynku odpadł tynk, ukazując kształt naszej ojczyzny. Zdarzenie wzbudziło dość spore zainteresowanie, ludzie przychodzili, zapalali świeczki, jeszcze inni się modlili. Obecnie zachodnią elewację zdobi ogromny mural z krokodylem. Mimo to, można jeszcze dostrzec fragment tego „cudownego” zdarzenia. Widzisz? (mała podpowiedź: skieruj wzrok nad krokodyle oczy 😉

Waliców 12

Przedwojenna kamienica, która znajdowała się na terenie odgrodzonym przez mury getta. Przetrwała wojnę, czasy PRL-u, a teraz znajduje się w kiepskim stanie technicznym i tylko metalowe podpory pomagają jej zachować pozycję wertykalną.

W podwórku samotnie stoi kapliczka.

Chmielna 130

 

Ulica Chmielna kojarzy się przede wszystkim z terenami Śródmieścia, jednakże część swojego biegu posiada również na Woli. Pod numerem 130 odnajdziesz kamienicę Nisenszalów. Patrząc na zdjęcie tego obiektu z 1938 r. nie można się oprzeć wrażeniu, że był to budynek z piękną elewacją frontową. Wygląd bramy wjazdowej tylko utwierdza w tym przekonaniu – do dziś możemy podziwiać przedwojenne, eleganckie zdobienia. W podwórku stoi odrestaurowana kapliczka z Maryją. Front kamienicy obecnie jest całkowicie ogołocony z tynków, a i balkonów też już w większości nie ma.

Żelazna 66

Kamienica na rogu ul. Żelaznej i Krochmalnej. Przepiękna… niestety opuszczona, niszczeje. W bramie zachowały się jeszcze pozostałości oryginalnej ceramiki ściennej. W ogóle przejazd bramny robi niesamowite wrażenie, w czasach świetności to musiała być naprawdę piękna kamienica. Zachęcam do spaceru, zatrzymania się, skupienia wzroku na detalach i kontemplowania. Warto.

Szubienica na ul. Mszczonowskiej

O istnieniu tego miejsca dowiedziałam się stosunkowo niedawno od przewodnika miejskiego Rafała Dąbrowieckiego (swoją drogą jeśli szukasz ciekawych spacerów miejskich po Warszawie to szczerze i zdecydowanie polecam tego człowieka). Jako, że uwielbiam się szwendać, łazić i odkrywać, to od razu pojawiła się myśl – muszę tam pójść! Było mgliście, wilgotno i szaro, a ja jak to ja, wybrałam drogę przez
ul. Armatnią, bo przecież zbyt łatwo być nie może. Miejscami ciężko było się przedrzeć przez błotniste koleiny ale ostatecznie się udało. Co ciekawe, wybierając ten szlak dodatkowo po drodze możesz zobaczyć stary, nieużywany wiadukt Kolei Kaliskiej.

Trudno uwierzyć, że na terenach przesiąkniętych dzikim, kolejowym klimatem można odnaleźć tak niezwykłe miejsce pamięci. Rozglądasz się dookoła, cisza, ani jednej żywej duszy, jedynie od czasu do czasu słychać silnik przejeżdżającego w oddali samochodu. Patrzysz na obiekt, który od razu rzuca Ci się w oczy i uświadamiasz sobie, że to szubienica… prawdziwa, autentyczna. Myślę, że uczucie niepokoju w tym miejscu towarzyszy każdemu, mnie ogarnęło. To miejsce będące świadkiem dramatycznych zdarzeń. Niemcy ustawili tu zbudowane ze słupów telegraficznych dwie szubienice i dokonali egzekucji na dziesięciu Polakach w odwecie za wysadzenie torów kolejowych (1942 r.). Do dziś przetrwała jedna z nich. Lokalizacja szubienicy  nie jest przypadkowa, powieszeni mieli być dobrze widoczni z okien przejeżdżających pociągów. Obok szubienicy znajduje się pomnik upamiętniający tragiczne wydarzenia oraz krzyż. Miejsce kontrastuje z dziką, pogrążoną w nieskrępowanie rozrastających się krzakach i zaroślach okolicą, sprawia wrażenie uporządkowanego, jakby ktoś nad nim czuwał.

Kolonia Wawelberga

 

Hipolit Wawelberg był żydowskim finansistą, filantropem i społecznikiem. Pod koniec XIX w. wraz z żoną założyli „Fundację Tanich Mieszkań im. Ludwiki i Hipolita małżeństwa Wawelbergów”. Dzięki działaniom Fundacji wybudowano osiedle tanich domów. Powstaniu osiedla będącego niezwykłym projektem społecznym, zlokalizowanego przy ul. Górczewskiej 15, 15A oraz ul. Wawelberga 3 (najstarsze osiedle socjalne w Warszawie) przyświecała idea poprawy warunków życia klasy robotniczej, tj. umożliwienia tym ludziom wynajmu mieszkania za niewielkie pieniądze i stworzenia dla nich szansy na godne życie.

Wawelberg marzył, że na osiedlu znajdzie swój dom kilkaset rodzin polskich i żydowskich. Wierzył, że wspólne codzienne zamieszkiwanie i obcowanie ze sobą ułatwi wzajemne zrozumienie i przyczyni się do zaniku konfliktów społecznych i rasowych. Mieszkania przeznaczone były dla ludzi co prawda ubogich ale zdolnych płacić czynsz, dbających o rodzinę oraz lokalną społeczność. Wszystko było dokładnie przemyślane, od kwestii związanych z odpowiednim funkcjonalnym rozplanowaniem mieszkań, ich doświetleniem oraz wysokością, poprzez rodzaj tworzywa pokrywającego podłogi w kuchniach umożliwiającego łatwe utrzymanie czystości, aż nawet do ilości m³ powietrza przypadającego na jednego mieszkańca. Był dostęp do bieżącej wody, kanalizacji i co ciekawe zrobiono tu pierwsze w Warszawie zsypy na śmieci. Osiedle miało swój regulamin, a jakże! Nie można było spożywać alkoholu, ani hodować zwierząt. Jednak warto było się dostosować, w zamian każdy mieszkaniec był pod opieką lekarza, na osiedlu działały również m.in. łaźnie, szkoła, biblioteka, pralnia, kaplica, a nawet specjalna fundacja pomagająca matkom wykarmić dzieci. Funkcjonalne rozplanowanie przestrzeni umożliwiało przeznaczenie aż 60% powierzchni działki na tereny zieleni. Dziś Kolonia Wawelberga to mieszkania komunalne ale i eleganckie apartamenty przyciągające ludzi marzących o zamieszkaniu w miejscu „z duszą”.

W budynku przy ul. Górczewskiej 15 znajduje się słynna pracownia cukiernicza „Zagoździński”. Niedawno obchodziliśmy tłusty czwartek, więc jak ktoś był w okolicy to na pewno nie umknęła jego uwadze gigantyczna kolejka oczekujących na zakup pączków (tego dnia sprzedaje się ich nawet 7 tysięcy). Ba! Wszak pączki tam najlepsze w mieście, ponoć zajadał się nimi sam Piłsudski. Byłam, w kolejce swoje odstałam, próbowałam i stwierdzam, że opinia o ich pyszności nie jest nic a nic przesadzona, 2,50 zł a tyle przyjemności. Jak chcesz kiedyś sam ocenić, to wypatruj z daleka czy przed sklepem stoi stołeczek, każdy miejscowy wie, że jak stołeczka nie ma, to i pączków brak, więc nie ma po co iść. Żeby już zupełnie narobić Ci smaku to dodam tylko, że trawnik przed cukiernią całkiem niedawno ochrzczono wdzięczną nazwą „Różany skwer pysznych pączków”. Jest tu nawet latarnia z… pączkiem z kutego żelaza.

W latach 20-tych XX w., już po śmierci Hipolita Wawelberga, wybudowano również budynek zlokalizowany przy obecnej ul. Ludwiki 1 – II Osiedle Tanich Mieszkań. Przeznaczony był dla ubogiej inteligencji. Co ciekawe w 1933 r. powstała tu najnowocześniejsza warszawska czytelnia czasopism.

Nocny Market

Co prawda teraz mamy okres jesienno-zimowego uśpienia, ale nie sposób nie wspomnieć o tym wydarzeniu. Wyobraź sobie dawne kolejowe perony, które zamieniają się w kulinarny targ. No dobra, nie musisz aż tak bardzo wysilać wyobraźni, wystarczy, że przyjdziesz w weekend na perony nieczynnego Dworca PKP Warszawa Główna Osobowa (ul. Towarowa). Niech się tylko nieco ociepli (tak, tak czytałam, że w tym roku ma być kolejna edycja). Świetna okazja żeby zjeść coś pysznego na świeżym powietrzu, w miejscu o niepowtarzalnym klimacie i z zapewnioną luźną atmosferą. Odbywają się tu także występy artystyczne oraz różnego rodzaju wydarzenia muzyczne. Pomysł na stworzenie tego miejsca okazał się strzałem w dziesiątkę, nie tylko ze względu na tłumy odwiedzających, ale również w kontekście ciekawego sposobu na ożywienie zapomnianych i opuszczonych terenów stacji kolejowej. Byłam, smakowałam, polecam i czekam na kolejny sezon.

Plac Europejski

Zdecydowanie wolę miejsca „z duszą” emanujące swoją historią, jednakże ta nowa przestrzeń publiczna całkiem do mnie przemawia. Została stworzona w bezpośrednim sąsiedztwie nowoczesnego biurowca Warsaw Spire i jak najbardziej jest dostępna dla wszystkich. Plac zmienia swoje oblicze w zależności od pory roku. Wiosną i latem się zazielenia, są tu wodne instalacje, jeziorko i fontanna, wieczorami pięknie podświetlone tworzą wielobarwny spektakl, zimą lodowisko oraz świąteczna choinka. Są też restauracje i kawiarnie. Szczególnie jedna z nich zwraca na siebie uwagę swoją futurystyczną bryłą, mającą przypominać serce.

Można oglądać wystawy w pasażu artystycznym wyróżniającym się również ciekawym, nowoczesnym kształtem. Aaa i napis świetlny „Kocham Warszawę”, jak mogłabym zapomnieć, przecież zdjęcie w tym miejscu trzeba mieć, obowiązkowo. Nie wiem jak Twój ale mój wzrok zdecydowanie przyciągają dwa murale na ścianie kamienic przylegających do placu, których tematem przewodnim są miasto marzeń – miasto Warszawa – Warszawa i Wola. Jeden nosi tytuł „Kocham Warszawę”, natomiast drugi „Giganty”.

Wolskie murale

Spacerując wolskimi ulicami z pewnością natkniesz się na niejeden mural. Wpisały się już na dobre w krajobraz tej dzielnicy, stanowią swoistą wizualną atrakcję, a co najważniejsze często niosą ukryte przesłania, głębsze niż te wynikające z dosłownej interpretacji. Wolskie murale najczęściej odnoszą się do tematyki społecznej. Chcę Ci pokazać przykłady kilku moich ulubionych (o tym naj, naj czyli „kamień i co” już wspominałam wyżej). Poniżej zdjęcia, zachęcam do spaceru i poszukania ich w rzeczywistej przestrzeni wolskich ulic. Niektóre są naprawdę piękne. Zgodzisz się ze mną?

Mural Hanki Ordonówny

„Zbrodnia Wołyńska Prawda i Pamięć”

„Pamięć o Cywilnej Ludności Powstańczej Warszawy”

Można się w niego wpatrywać godzinami. Jest niesamowity.

„Czystość jest?”

Mural na Smoczej

Mural z okazji Światowego Dnia Oceanów

Mural na Chłodnej

Kiedyś zastanawiałam się, co ten mural tak naprawdę obrazuje. Może Cię zainteresuje – mural z jednej strony pokazuje oddychające zielenią, a z drugiej zanieczyszczone przez miejski smog płuca, które są wtłoczone w turkusowe żebra. Hmm, ciekawe.

„Boskie Matki”

„Bracia przy kawie” bez kawy?

Niee to niemożliwe, przecież dobra kawa to podstawa. A gdzie na kawę na Woli? Co polecasz? Jeśli znasz jakieś fajne, klimatyczne miejsca, to koniecznie napisz w komentarzu. Wszelkie nowe sugestie mile widziane, wszak sprawdzone lokalizacje zawsze warto odwiedzić. A co do moich propozycji to kilka słów o dwóch ostatnich odkryciach, które niewątpliwie polecam.

„CafePoWoli” – ul. Smocza 3

„CafePoWoli” powstała jako inicjatywa Spółdzielni Socjalnej Wola. Od progu da się wyczuć, że to miejsce przepełnione przyjazną atmosferą, zapewne w dużej mierze to zasługa przemiłej obsługi. Po wejściu od razu zwróciłam uwagę na piękne murale na ścianach, które nadają wnętrzu wolskiego klimatu. Miejsce tętni życiem, akurat jak ja tam byłam, odbywały się konsultacje społeczne. Zamówiłam kawę i ciasto na ciepło. W bardzo przystępnej cenie dostałam kawę z mlekiem sojowym i solidny, pachnący kawałek szarlotki, a do tego przepyszną konfiturę z róży. Smakowo kawa wyśmienita, a ciasto jak domowe. Bardzo mi się podobało, że ciasto zostało odgrzane w piecyku, a nie w mikrofali, do tego na wynos zostało zapakowane w ekologiczne pudełko plus drewniany, a nie plastikowy widelczyk. Lubię taką dbałość o szczegóły.

Co ciekawe w menu można znaleźć również dawne warszawskie smaki, dlatego to niepowtarzalna szansa aby skosztować, np. sójki wolskiej (pieczony pieróg z warzywnym nadzieniem), czy rogali rugelach (żydowskie rogaliki z nadzieniem np. daktylowo-jabłkowym). Zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i z pewnością będę tu częstym gościem. Główne powody są dwa – nie dość, że pysznie, to uważam, że warto wspierać takie inicjatywy.

„BioCultura Cafe” – ul. Sokołowska 9

Do tego miejsca trafiłam zupełnie przypadkiem, chcąc się nieco ogrzać po długim spacerze w mroźny dzień. Zapach kawy tak pięknie zapraszał, więc stwierdziłam – „wchodzę!”. Od progu powitał mnie uśmiech Pani z obsługi. Jak się okazało nieco oddalone od głównej drogi miejsce (co dla mnie jest dużym plusem – cisza i spokój) kryje całkiem spore (dwa poziomy) wnętrze, a do tego ciekawie urządzone i bardzo przytulne. Są książki, gazety, gry planszowe, na górze scena muzyczna, znajdą się też atrakcje dla dzieci (np. huśtawka) i kącik dla malucha. Jeśli chodzi o kawę, to wybór jest naprawdę spory, więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Smakowo kawa naprawdę dała radę, cenowo jest taniej niż w „sieciówkach”, ale nie aż tak strasznie tanio. Świetne miejsce na spotkanie, albo posiedzenie przy kawce z dobrą książką.


Jesteś jeszcze ze mną? Jeśli nie zasnąłeś, nie zanudziłeś się i dotrwałeś do tego momentu, to w nagrodę kilka ciekawostek. Oczywiście wiem, wiem… dla znawców i fascynatów historii Woli oraz dla mieszkańców tej dzielnicy żadne to ciekawostki, ale jeśli np. mieszkasz w innej dzielnicy, nie znasz za dobrze Woli, a chcesz się czegoś ciekawego dowiedzieć aby móc błysnąć wiedzą jak np. ciocia z wujkiem przyjadą do Warszawy, to zapraszam 😉

Dom Kereta

Ale, że co..? Tak, to jest dom. Dom Kereta to instalacja artystyczna (zwana najwęższym domem), która powstała w szczelinie pomiędzy przedwojenną kamienicą przy ul. Żelaznej 74, a powojennym blokiem przy ul. Chłodnej 22. Oficjalnie została otwarta w 2012 r. No dobra przyznam, że długo zastanawiałam się jak można w tak małej przestrzeni cokolwiek zmieścić, a co więcej w niej mieszkać i jakoś funkcjonować. Jak widać nie ma rzeczy niemożliwych. Budynek o całkowitej powierzchni 14 m² ma trzy poziomy, wejście jest przez podnoszoną klapę. Ponoć w domu są wszystkie niezbędne elementy. Jest m.in. toaleta z prysznicem, kuchenka, jadalnia, łóżko o wymiarach 90 cm x 180 cm, miejsce do pracy z biurkiem i krzesłem, a nawet lodówka, co prawda mała na kilka napojów, ale zawsze.

Na tak niewielkiej przestrzeni wszelkie funkcjonalne rozwiązania są na wagę złota, dlatego np. ostatni stopień schodów pełni również rolę wycieraczki. Symbolicznym lokatorem i patronem domu jest Etgar Keret – izraelski pisarz polskiego pochodzenia. Twórca budynku zadedykował go Keretowi, ponieważ jest to człowiek łączący w sobie polską i żydowską historię, która jest bardzo ważna w kontekście miejsca, w którym powstała instalacja. Dom Kereta ma stymulować życie artystyczne dzielnicy i służyć różnym twórcom. Obecnie gości artystów z całego świata w ramach programu rezydencyjnego. Jeśli chciałbyś zobaczyć ten ciekawy obiekt od wewnątrz, to w tym roku również będzie taka możliwość w wyznaczone dni otwarte, należy tylko wcześniej zarezerwować i opłacić wstęp. Informacje „co?, jak? i kiedy?” będą pojawiać się na stronie Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej.

Picasso na Kole i co z tą Syrenką?

Wielki mistrz Pablo Picasso w roku 1948 odwiedził Polskę. Udało mu się również zajrzeć do Warszawy, która odbudowywała się po zniszczeniach wojennych. Podczas wizyty jego przewodnikami byli Helena i Szymon Syrkusowie (znani warszawscy architekci), którzy zabrali artystę na będące w budowie osiedle mieszkaniowe na Kole na warszawskiej Woli. Picasso wszedł do jednego z mieszkań, które było jeszcze niewykończone i namalował na ścianie węglem warszawską Syrenkę. Rysunek był nie byle jakich rozmiarów, miał ok. 1,7 m wysokości i 1,7 – 1,8 m szerokości. Co ciekawe picassowska Syrenka nie trzymała w dłoni miecza, lecz… młotek.

Niestety Syrenka nie przetrwała. Lokatorzy mieszkania byli tak zmęczeni ciągłymi wizytami ludzi chcących zobaczyć to jakże oryginalne dzieło sztuki, że po uzyskaniu zgody zrobili remont mieszkania, a Syrenkę zamalowano. Czy można ją odzyskać? Ciężko stwierdzić, bo relacje są różne, według jednych rysunek został tylko zamalowany farbą, a według innych skuto tynk i Syrenka zniknęła bezpowrotnie. Po zakryciu/zniszczeniu dzieło znane jest jedynie w oparciu o fotografie. Warto wiedzieć, że Syrenka została odtworzona na elewacji jednego z budynków przy ul. Obrońców na Saskiej Kępie, gdzie artysta w 1948 r. był gościem warszawskich malarzy i rzeźbiarzy. Po wojnie mieściła się tu siedziba Związku Polskich Artystów Plastyków. Cóż… nie jest to oryginał ale możesz pójść i zobaczyć przynajmniej jak wyglądała Syrenka widziana okiem wielkiego mistrza.

Ale, ale… historia się na tym nie kończy. Okazuje się, że tego samego roku Picasso namalował jeszcze jedną, wyglądającą dość podobnie (również trzymająca młotek w dłoni) choć znacznie mniejszą, warszawską Syrenkę. Ale czy przetrwała? Rysunek powstał podczas obiadu u ówczesnego prezydenta miasta Stanisława Tołwińskiego, na prośbę jego żony, na papierze, wrysowany w ich rodzinny album. A gdzie owy album się znajduje? Tego nie wiadomo, trwają jego poszukiwania. Póki co, bez rezultatów.

Kładka na Chłodnej

Na zdjęciu powyżej znajduje się stworzona w 2011 r. instalacja upamiętniająca kładkę łączącą „małe” i „duże” getto. Ulica Chłodna z uwagi na fakt, iż była ważnym ciągiem komunikacyjnym pozostawała w aryjskiej części miasta. Aby umożliwić ruch pieszy między „małym”, a „dużym” gettem na początku 1942 r. zbudowano drewnianą kładkę (most), którą poprowadzono nad ul. Chłodną. Wysokością sięgała drugiego piętra pobliskich kamienic i posiadała strome schody. Kładka nazywana była „Mostem Westchnień”, gdyż stojąc na niej można było dojrzeć świat istniejący poza gettem. Została rozebrana w sierpniu 1942 r. po likwidacji „małego” getta. Symboliczna instalacja upamiętnia kładkę za pomocą linii świetlnych łączących metalowe słupy. Szczególnie ciekawie wygląda wieczorem. Znajdują się tu również stanowiska ze slajdami, gdzie możesz obejrzeć zdjęcia mostu z czasów okupacji.

Warto wspomnieć, że w 2007 r. naprzeciwko obecnej klubokawiarni „Chłodna 25” powstał niewielki wolnostojący mural „Tam była kładka”, przedstawiający kładkę wraz ze wskazaną jej lokalizacją. Obecnie muralu już nie ma, pozostał jedynie wolnostojący murek, na którym się znajdował. Ponadto w miejscu istnienia kładki stworzono również swego czasu (2009/2010 r.), dziś już nieistniejącą, czasową instalację artystyczną „wielokropek”.


I jak? Masz w sobie chęć pójścia na Wolę? Chciałbym w tym miejscu podziękować Monice za przygotowanie tego artykułu. Mam nadzieję, że Ci się podobał. I jeśli tak – koniecznie daj jej wyraz uznania w komentarzu! A jeśli chcesz być informowany o kolejnych artykułach z serii #WarszawaBezTurystów, to zapisz się na nasz newsletter 🙂

  • Odpocznij z nami! W każdy sobotni poranek będzie czekał na Ciebie inspirujący artykuł i dobra muzyka do kawy.
  • Dowiedz się więcej tutaj

7 Replies to “#WarszawaBezTurystów – rzuć wszystko i chodź na Wolę!”

  1. Bardzo przyjemny artykuł 🙂 Solidna garść ciekawych informacji, okraszona zdjęciami, a przed wszystkim osobiste spostrzeżenia – wszystko to w idealnych proporcjach. Czuć, że autorka ma serducho do miasta i ludzi 🙂 Oby więcej takich artykułów!

    1. Oj ma serducho! <3

  2. Wow! Świetny artykuł! Aż mi głupio, bo pracuję na Woli i nie znam nawet połowy tych miejsc! Czuję się zainspirowana do wycieczki w celu ich poznania! 🙂

    1. Monika Skalska says:

      bardzo dziękuję za miłe słowa 😉 cieszę się, że udało mi się zachęcić do spaceru… znaczy główny cel został osiągnięty. Wola to niesamowita dzielnica skrywająca wiele inspirujących miejsc, a że pogoda teraz coraz fajniejsza, to trzeba je zobaczyć na własne oczy 🙂

  3. […] poprzedniej części #WarszawaBezTurystów zapraszaliśmy Was razem z Moniką na warszawską Wolę, dzisiaj przyszedł czas na Ochotę. Wystarczy, że zejdziesz z głównych szlaków i trafisz w […]

  4. Świetny artykuł, bardzo dobrze mi się czytało, z zaciekawieniem śledziłam kolejne akapity. Sporo z tych miejsc znam, widziałam, ale dowiedziałam się dzięki Tobie mnóstwa ciekawych rzeczy! Brawo!!!

Dodaj komentarz