Czy cuda się zdarzają? Rozstąpienie nieba na Diablaku

W moim życiu przed każdą ważniejszą decyzją (lub gdy nie wiem co dalej robić) pytam się o zdanie Boga. Bywa jednak czasem tak, że totalnie nie słyszę odpowiedzi. Wtedy wychodzę porozmawiać z nim 1-1. Tym razem też tak zrobiłem, dostałem odpowiedzi i cud w gratisie.

„Paweł, cud? Jaki znowu cud?”.

Dlaczego wyjechałem?

W ostatnich miesiącach wiele zmieniło się w moim życiu. Zauważyłem, że z jednej strony wypalam się w mojej aktualnej pracy, a z drugiej, że mój kalendarz jest po prostu wypchany przeróżnymi aktywnościami za którymi zacząłem wręcz gonić. Musiałem się od tego wszystkiego odciąć i podpytać Boga. Gdzie powinienem pracować? Jak mu służyć we wspólnocie? Czy założenie tego bloga to dobry pomysł? 😉

Warunki pod szczytem były dosyć surowe
Warunki pod szczytem były dosyć surowe

Zacząłem więc pytać moich bożych ludzi, co tam się dzieje w świecie, czy są może jakieś konferencje na które warto pojechać. Brata zapytałem, gdzie najlepiej w lutym pochodzić w samotności (góry? doliny?). Zależało mi na tym, by się gdzieś podbudować nowymi treściami a z drugiej strony, żeby mieć kilka dni w samotności od ludzi.

Ok, to jaki mamy plan?

Wstępnie chodził mi po głowie pomysł o Poznaniu i wyprawie pieszej gdzieś dookoła, ale z drugiej strony kocham góry i tam najlepiej widać piękno stworzenia. Dowiedziałem się też o konferencji u Mężczyzn św. Józefa w Krakowie, którą miał prowadzić mój brat w Chrystusie – Michał Nikodem ze wspólnoty w Warszawie. Trochę głupio jechać na jego konferencję aż do Krakowa skoro mamy wspólnoty w tej samej parafii 🙂

Finalnie padło jednak na Kraków w związku z bliskością gór. Brat polecił mi Beskid Żywiecki, gdzie najwyższym szczytem jest Diablak (1725m n.p.m.). Nazwa nie była zachęcająca, ale okolica podobno mało uczęszczana. Nigdy nie byłem na tym szczycie, więc poszperałem trochę w internecie – wyczytałem, że ze szczytu można zobaczyć przy dobrej pogodzie panoramę Tatr! Rozumiesz? Widać całe Tatry! Moje serce tak się rozpaliło do tej perspektywy, że decyzja była z miejsca podjęta 🙂

Zrobiłem sobie pięć dni urlopu i ruszyłem według planu:

  • środa – konferencja „Brać czy dawać?” w Krakowie
  • czwartek – autostop w Beskid Żywiecki
  • piątek – wędrówka pod Babią Górę
  • sobota – zdobycie Diablaka
  • niedziela – powrót do domu

Nie jest celem tego wpisu opisanie całej wędrówki, więc wiedz tylko tyle, że konferencja była super, autostop zawiódł (dawno już nie jeździłem w ten sposób), a pod Babią Górę dotarłem bez szwanku. Przez dwa dni wędrówki nie spotkałem na szlaku nikogo, a gdy dotarłem do pierwszego schroniska na Hali Krupowej – byłem jedynym gościem! Cel samotności został zatem osiągnięty w 100%.

Pokonać Diablaka

Była to połowa lutego i pogoda była fatalna każdego dnia. Przez większość dnia padał deszcz ze śniegiem i wilgoć przeniknęła wszystkie zakamarki mojego wodoszczelnego plecaka. Podejście na szczyt realizowałem z miejsca noclegu, czyli schroniska na Markowych Szczawinach – tam było ok. 20cm śniegu. W takich warunkach stwierdziłem, że podejście może być trudne, więc zdecydowałem się wyruszyć bladym świtem.

Około 6:00 ruszyłem w drogę. Cały czas w głowie miałem ten przepiękny widok na Tatry jaki roztacza się ze szczytu, więc parłem sukcesywnie do przodu. Jako, że byłem jednym z pierwszych przecierających szlak tego dnia – śniegu było gdzieniegdzie do kolan, powyżej wysokości 1500m wiało (jakie tam wiało – to wichura była – spójrzcie na moje zdjęcie ;)), a widoczność miałem już tylko na 2-3m przed siebie. Z trudem odnajdywałem kolejne słupki oznaczające trasę. Pod szczytem nie ma drzew i jest spore wypłaszczenie, więc przez grzbiet przelewają się tam chmury ze Słowacji na stronę polską. Przerwy na jedzenie/picie były skrajnie nieprzyjemne – nie było się gdzie schować.

Widoczność na szczycie Diablaka
Widoczność na szczycie Diablaka

I właśnie w takich warunkach około 9 rano wszedłem na Diablak. Właściwie to szczyt wyrósł przede mną nagle ze względu na widoczność. Gdy usiadłem pod murkiem, z trudem widziałem słupek szczytowy oddalony ode mnie o 3m. Nie tego się spodziewałem. Ba – byłem wściekły na Boga, że mnie tak wystawił.

Cóż począć – posiliłem się i ruszyłem w drogę powrotną. Na 11:00 byłem w schronisku i nie miałem ochoty z niego już wychodzić (wieczorem miał tu dotrzeć Krzysiek i byliśmy umówieni na piwo). Odpocząłem, najadłem się, poleżałem i dużo się modliłem (w końcu po to przyjechałem). No i teraz zwrot akcji.

Około 14:00 podczas czytania Pisma usłyszałem wyraźny głos Boga: „Idź, zobaczysz Tatry”. Myślę sobie: „Panie Boże, jakie Tatry, przez cały dzień pytałem ludzi, którzy schodzili ze szczytu i słyszałem, że od rana nic się nie zmieniło w kwestii pogody. Rano na szczyt wchodziłem prawie 3 godziny, więc jak teraz ruszę to noc mnie zastanie. No i nie chce mi się – musiałbym się znów ubierać, szykować ciepłą herbatę i jedzenie”. I znów usłyszałem to samo: „Idź, zobaczysz Tatry”. Krótko i treściwie.

No i co ja mogę? Tak bardzo chciałem je zobaczyć, a z Bogiem nie ma co dyskutować. Wstałem z krzesła, ubrałem się, naszykowałem prowiant i 7 minut później byłem już na zewnątrz i zakładałem raki.

Nie wiem czy to ja tak się bałem tego, żeby nie zostać po zmroku na tym zimnym grzbiecie, czy może Bóg włożył mi tyle sił w nogi, ale na szczyt ruszyłem wręcz sprintem i byłem na górze już po półtorej godziny (dwa razy szybciej!).

Te półtorej godziny to nadal była taka sama pogoda jak rano, wicher ogromny i brak widoczności. Na szczycie nic się nie zmieniło. Drugi raz tego dnia zdobyłem Diablaka i znów nic nie było widać. Przez chwilę zwątpiłem i pomyślałem sobie, że może głos Boga sobie ubzdurałem i że jestem głupi, żeby dwa razy dziennie robić tą samą trasę. Myśląc jednak logicznie, nie raz słyszałem Boga, nigdy mnie nie oszukał a i cudów w moim życiu nie brakuje. Zacząłem się z Bogiem wykłócać, że skoro obiecał mi Tatry, to chciałbym je zobaczyć.

I wtedy rozstąpiło się niebo.

Tuż nad linią chmur było widać całą panoramę Tatr. Zresztą, spójrzcie na zdjęcia.

Przejaśniające się niebo na Diablaku
Przejaśniające się niebo na Diablaku
Rozstępujące się niebo na Diablaku!
Rozstępujące się niebo na Diablaku!

Całość trwała dosłownie 5 minut i niebo znów się zachmurzyło. Gdy podpytywałem wieczorem ludzi w schronisku, to tego dnia dobrą pogodę na szczycie widziało tylko kilka osób, które były tam wtedy ze mną.

Keep calm and nie wątpij

Czy to cud, czy nie cud – zdecyduj. Mówi się, że dla wierzących wszystko jest cudem, ale to już było trochę więcej niż się spodziewałem 🙂

Panorama Tatr widoczna tuż nad linią chmur
Panorama Tatr widoczna tuż nad linią chmur

Chcę jednak wrócić do chwili zwątpienia na szczycie. Byłem gotów powiedzieć sobie, że się przesłyszałem i schodzić na dół w tym chłodzie. Całe szczęście mam w swojej głowie rejestr cudów, które widziałem w moim życiu i mogę się ich zawsze uczepić w chwili zwątpienia. Gdy teraz o tym myślę, to największym rejestrem cudów jest Pismo – warto się go uchwycić, gdy tak jak ja wtedy – stoisz przed wyborem: zaufać czy zwątpić. Chyba się nie pomylę jeśli powiem: Bóg czyni cuda dla tych którzy mu ufają, a nie dla tych co wątpią.

Ktoś może powiedzieć: przypadek, zbieg okoliczności, raz się udało. Jak jednak mówi Michał Nikodem: od kilkunastu lat żyję w niekończącej się serii zbiegów okoliczności. Przypominają się też słowa z piosenki „Twoja generacja” (ktoś to jeszcze pamięta?): „jak nazywa się Twój bóg? Przypadek czy Przepaść?”. Możesz wybrać w co wierzysz 🙂

A jak było według Ciebie? Zbieg okoliczności czy cud?

I jeszcze na koniec, jeśli podobał Ci się ten wpis – daj nam znać w komentarzu lub jakąkolwiek inną formą kontaktu (e-mail, Facebook). A już zwłaszcza daj znać co Ci się w nim nie podobało. Z jednej strony chcemy się dzielić swoim życiem, a z drugiej chcemy, żeby to były treści dobrej jakości. Bez Twojej pomocy sobie nie poradzimy! 😀