Antydepresanty w pigułce, czyli z Mariką w Krainie Czarów

Cześć! Chcę Cię zabrać w podróż. Nie jest to artykuł, który możesz przescrollować w wolnej chwili w autobusie. Przygotuj raczej kubek ciepłej kawy (herbaty? kakao?), usiądź wygodnie a ja opowiem Ci o Marice jaką znałem kiedyś i jaką poznałem teraz. Będzie muzycznie, będzie żywo, będzie pięknie – obiecuję! 🙂

Miała być to recenzja jej najnowszej książki „Antydepresanty”, ale im głębiej się wczytywałem tym bardziej widziałem, że książka jest opowieścią o niej. Więc i recenzja będzie bardziej dotyczyła Marty niż książki. Pomyślałem, że dobrze będzie z nią zatem porozmawiać. Intymnie, szczerze i o życiu – zaczynamy!

PS: a jeśli faktycznie nie masz czasu na całość, to kliknij tu by przeskoczyć do podsumowania

Marika z Karaibów

Nie wiem czy wiesz, ale kiedyś byłem bardzo silnie zaangażowany w całą kulturę rastafari. Jeździłem na największe festiwale, słuchałem przeróżnych soundsystemów, przesiadywałem nad jeziorem do późna z gitarami i bębnami. One love, zapach trawki i dready na każdej głowie – true story.

Wtedy też gdzieś przez to wszystko przewinęła się dziewczyna w warkoczykach. Trochę z Polski, trochę z Jamajki. Śpiewała po polsku, czasem w patois. Mało kobieco a nawet bym powiedział, że bardziej męsko i z dużą dozą chrypy.

Zresztą poczuj ten klimat – to nagranie z Ostróda Reggae Festiwalu 2011:

I jak?

To właśnie taką Marikę zobaczyłem po raz pierwszy i przez dobrych kilka lat przewijała się gdzieś w moim życiu. Śpiewała na scenach z największymi gwiazdami, potem z tej sceny została wzięta do telewizji, gdzie mogliście ją widzieć w Voice of Poland. Było szumnie i kolorowo.

Marika w przemianie

Jakoś w 2012 roku pojawiły się jej nagrania z Chilli Zet Sessions i to był jakiś sygnał, że coś się zmienia. Ten ostry wokal złagodniał i stał się tak ciepły, że słuchając czuję jakby ktoś mnie głaskał w środku. Wiem, że Chilli Zet ma to do siebie, ale tutaj dla mnie był widoczny naprawdę duży dysonans w porównaniu do poprzedniej twórczości.

Tu i ówdzie nadal ją widywałem (mój przyjaciel mnie sukcesywnie nią zarażał) już coraz mniej w klimatach dancehall, a coraz bardziej przy okazji płyt „Morowe Panny” i „Panny Wyklęte” (płyty o kobietach w powstaniu i podziemiu). I wpadł w moje ręce wywiad z nią na Campo Bosco 2014, gdzie mówiła o wartościach w show businessie.

„Kurczę, mądra z niej dziewczyna” – obejrzyj i wytrwaj (nie przewijaj!) do 2:05 – nie zawiedziesz się 🙂

To tyle backgroundu. Gdzieś w okolicy roku 2015 Marika się nawróciła (tzn. zaczęła podążać za Chrystusem), bo katoliczką w teorii była od dziecka. Nie będę o tym pisał, bo świetny wywiad na ten temat przeprowadziła z nią Kasia Olubińska w artykule „Bóg zawsze za moimi plecami” i to tam Cię odsyłam po więcej.

Marta w bieli

I wszystko się zmieniło.

Zamiast Mariki – Marta Kosakowska, zamiast warkoczyków taka zwykła kobieca fryzura (jest na to jakaś nazwa? fale? a niby skąd ja miałbym to wiedzieć?), zamiast wszystkich kolorów – jeden – biel. Płyta „Marta Kosakowska” ma już tylko kilka połączeń z reggae, więcej ciepła, poezji i ambientowej elektroniki.

W moim życiu widziałem dawną Marikę i teraz widzę Martę, ale co było pomiędzy? Jakie zdarzenia na nią wpłynęły? Na jakich podstawach podejmowała kolejne decyzje w swoim życiu? Cóż, temat jest tak skomplikowany jak historia każdego z nas. Nie ma chyba tyle miejsca na świecie, żeby dokładnie streścić czyjeś życie. Marta jednak uchyla delikatnie rąbka tajemnicy w swoich Antydepresantach. Kupiłem, przeczytałem i spotkałem się z nią, by móc Wam choć trochę opowiedzieć o życiu tej dziewczyny.

Marta w rodzinie

W trakcie lektury książki widziałem na każdym kroku siebie z dawnych czasów. Jestem w prawdzie kilka lat młodszy, ale nie ominęło mnie robienie własnych gier planszowych w latach 90-tych. O bieganiu po lesie i zbieraniu kolejnych blizn to możemy z bratem opowiadać godzinami, a biesiadowanie przy stole to coś, co próbuję odnawiać wśród moich znajomych.

bracia-przy-kawie-marika-wywiad

To jest zwykła dziewczyna, taka jak ja czy Ty. Ma męża, kredyt, swoje marzenia, problemy i wizję swojej rodziny za kilka lat. A to wszystko miało swój początek w roku 1980 gdzieś w Łomży w „mateczniku”. Przez te wszystkie lata przekładała swoje marzenia na działanie (był taki okres, że po pracy na etacie jeździła do studia nagrywać i spędzała tam czas do 22). To gdzie jest teraz nie wynika z tego, że jest wybitnie uzdolniona. Nie miała też bogatych rodziców czy superłatwego startu w życie. To jest wynik wielu lat ciężkiej pracy i włożonego w to serca (a każdy, kto podąża za marzeniem w końcu osiągnie sukces).

 

Paweł: Jaka jest wizja Ciebie taka gdzieś w przyszłości za 5, 10 lat w zakresie rodziny, w zakresie kariery, w zakresie tego co byś chciała zmieniać w świecie. Jaką masz wizję? To już poważne pytanie.

Marta: No no. Jest takie mądre stare przysłowie: “Człowiek planuje, Pan Bóg się śmieje”. Za 5 lat chciałabym mieć rodzinę, która się rozwija. Chciałabym bardzo nadal mieć ochotę, zapał, skrupulatność, dyscyplinę, żeby pisać i żeby nagrywać. Chciałabym bardzo wciąż mieć takie odkrycia, żeby być świeżą, nie popaść w rutynę. Artyści, których bardzo podziwiam, np.: Katarzyna Nosowska, Wojciech Waglewski – to są ludzie, którzy nieustannie, mimo upływu lat i mimo tego, że są już na rynku bardzo długo – ciągle są tak bardzo świeży i odkrywczy. Chciałabym bardzo, żeby mi się to też przytrafiło, będę o to zabiegać. Chciałabym takie błogosławieństwo dostać i żeby tak rzeczywiście było. Chciałabym mieć siłę na to koncertowe życie i umieć pogodzić je z życiem rodzinnym. Tak, żeby ludzie mi bliscy nie cierpieli z powodu moich wyjazdów, mojego zmęczenia, zabiegania i tego, że czasami bywam bardziej dla obcych niż dla najbliższych – spalam się i brakuje mi energii na tych – teoretycznie i praktycznie – najważniejszych.

Paweł: Teraz pijesz kawę ze mną, a mogłabyś z mężem.

Marta: Nie, nie mogłabym, bo jest w robocie.

Paweł: Aha, ok. No to mam czyste sumienie, spoko.

Marta: (śmiech)

 

Marta w małżeństwie

W książce jest też poruszony dosyć trudny i delikatny temat poprzedniego małżeństwa Marty. Całość zakończyła się uznaniem go za nieważnie zawarte i teraz szczęśliwie buduje nową rodzinę. Jednak w rozdziale „Podobieństwo” wygląda to tak, jakby Marta ostrzegała przed pewnego rodzaju zachowaniem partnera/partnerki w związku. Tak jakby chciała swoim doświadczeniem przestrzec młodsze osoby, które są gdzieś na początku tej drogi.

 

Paweł: Rozdział „Podobieństwo” w Twojej książce nawiązuje do Twojego byłego męża, brzmi trochę jak oskarżenie, ale wierzę, że to nie o to chodziło – co chciałaś nim przekazać?

Marta: Widzę wokół siebie mnóstwo par, w których podstawowy w relacji poziom wzajemnego zaufania i szacunku szwankuje. Najbliżsi albo nic nie wiedzą, albo boją się wtrącać. Czasem ktoś coś zasugeruje, próbuje ostrzec, że skoro teraz dziewczyna lub facet robi sceny zazdrości, albo okazuje rażący brak szacunku, to po ślubie będzie to eskalować. Ale ludzie zakochani, zaślepieni często nie chcą tego słuchać.

Tak było w moim przypadku. Zignorowałam sygnały, które świadczyły o problemie, chorobie, której nie wolno zamiatać pod dywan udając, że nie istnieje. Wierzę, że małżeństwo to spotkanie dwojga ludzi, którzy mają być nawzajem dla siebie darem. A nie odgrywać psychodramę kat-ofiara, współuzależnienie. Małżeństwo to ogród, w którym się wzrasta. A nie obóz śmierci. Jest kilka czytelnych znaków ostrzegawczych, które ja zignorowałam. Podzieliłam się tym, może komuś to otworzy oczy i uchroni od niepotrzebnego cierpienia.

 

Marta w kościele

To co się jednak cały czas przewijało w naszej rozmowie to był Bóg i relacja z nim. Im dłużej przebywam w kręgu ludzi wierzących, tym więcej historii przemian życia słyszę. Nie rozmawialiśmy jednak o samej przemianie, ale o tym co aktualnie siedzi w jej sercu. O tym, że każdy jest małym królestwem niebieskim i do każdego można dotrzeć, jeśli nie będzie się wkładało Boga łopatą.

 

Marta: Coś tam tam, za horyzontem, za widnokręgiem, za zakrętem. Tam coś jest. Człowiek ma przeczucie, że tam coś jest. Nie wie co to jest. I jak z boku księża i coachowie i kapłani różnych religii pokrzykują, że : “TAK, TAM JEST TO CO MY WIEMY ŻE JEST I UWIERZ NAM BO TO WŁAŚNIE TO JEST TO”, to od takich ludzi się to odbija. Oni nie chcą słuchać takich pokrzykiwań. Im się wydaje, że to nie to, to jest coś innego. Ja muszę to jakoś znaleźć samodzielnie.

Paweł: Też tak się odbijałaś?

Marta: Tak, dokładnie tak. W momencie kiedy człowiek trafi na taką piosenkę, która jest o Bogu, ale nie wkłada łopatą, to dla niego jest to woda na jego młyn. To jakby dostaje opowieść o Miłości i o Doskonałości i o niebie opowiedzianą w sposób tak niejednoznaczny, że jest w stanie to przełożyć na to co w nim otwiera tę sferę. Ja mam takie przekonanie, że jakby każdy z nas jest chodzącym królestwem niebieskim i każdy w sobie ma jakiś taki rodzaj “otworu”, takiego przejścia tajnego do którego prowadzą różne takie tajne ścieżki przez jego wrażliwość, wyobraźnię, duchowość…

Paweł: Muzykę?

Marta: Tak, muzyka jest bardziej językiem. A chodzi o to, żeby pootwierać te ścieżki i przejść nimi do tego miejsca, które jest ukryte, które jest takie swoiste i właściwe tylko tej osobie i u każdej osoby jest gdzie indziej, jest inne. Żeby się tam wedrzeć trzeba przejść tajnymi drogami, ścieżkami. Nikt Ci nie może powiedzieć jak się tam dokładnie idzie. Musisz to znaleźć w sobie.

Ale są takie znaki i takie dzwoneczki, którymi można, wiesz, dzwonić gdzieś tam obok i pokazywać jak ja to w sobie znajduję, jak wyglądają moje ścieżki i nie nakazywać komuś drugiemu, żeby podążał dokładnie tymi samym, tylko dać świadectwo, że one są i że można je znaleźć i że trzeba ich szukać. I ponieważ to jest tak indywidualna zawsze przygoda, żeby dotrzeć gdzieś tam właśnie do tego miejsca w sobie, które otwierasz i wtedy wpuszczasz Boga, to mi się wydaje, że właśnie takie bardziej naprowadzanie. Nie, że “IDŹ TAM, TAM MASZ IŚĆ, TAM!” tylko bardziej szukaj, szukaj.

Paweł: …mylisz się bo jesteś protestantem!…

Marta: Nooo. Albo mylisz się, bo jesteś katolikiem.

Paweł: Nooo. To też wybrzmiało z Twojej książki. Masz w sobie bardzo dużo takiej delikatności w traktowaniu innych ludzi.

Antydepresanty mówią o zwykłym życiu Mariki, to całkiem normalna dziewczyna! :)

Marta: U moich ukochanych przyjaciół z kościoła Zielonoświątkowego brakuje mi eucharystii bez której nie potrafię żyć, ale z kolei do nich chodzę wtedy, kiedy gorzej znoszę formę i teatralność naszego obrządku.

Paweł: Za dużo jest wtedy dla Ciebie symboliki? Takiego tradycjonalizmu?

Marta: Ceremoniału, tego wstawania, klękania, siadania, mówienia formuł zawsze niezmiennych w określonym miejscu i czasie, tej jakby sztywności formy. Czasami nie potrafię się w tym odnaleźć i wtedy potrzebuję po prostu śpiewania. Po prostu podnoszenia ręki i śpiewania, zamykania oczu albo tańczenia, albo tego, że ktoś mi opowie takim egzaltowanym głosem jak to protestanci potrafią.

Paweł: Amerykański styl!

Marta: Tak, oni zawsze tak mówią jakby sprzedawali coś w telezakupach Mango i czasami mnie to jakoś tak rozczula, na zasadzie: “błagam Cię, dzisiaj powiedz to spokojniej, wtedy to do mnie bardziej dotrze. Nie krzycz tak” No, ale tak mają i widzisz, to też jest forma. W kościele katolickim forma jest sztywna i trzeba powiedzieć te same trzy zdania, bo tak zostało to zapisane, zatwierdzone i tak już musi być i ja z tym nie dyskutuję. A z kolei u protestantów jest podniesiony głos i ekscytacja i uniesienie. Wszystko ostatecznie ma jakąś formę. Dla jednych będzie ona piękna, innym nie będzie odpowiadać.

I ja jestem za tym, żeby szukać. Zawzięcie szukać tego miejsca, tego tajnego przejścia do przebywania z Bogiem, w sobie. Żeby po prostu jakoś rozszerzać, prostować tę ścieżkę, szukać jej ciągle, chodzić nią ciągle. Po prostu wydeptywać, żeby jej nie gubić, żeby ona nie zarastała trawą i tak dalej. Trzeba po prostu szukać sposobów, żeby to miało miejsce. Jeśli pomaga ci danego dnia głaskanie psa, albo jazda konno i wtedy dziękujesz Bogu za to, że jesteś, że istniejesz, że ten koń istnieje, że łąka istnieje i w ogóle. I modlisz się tym – super, zrób to, dzisiaj to jest twoja modlitwa. Jeśli potrzebujesz pójść odmówić wszystkie formuły, zmówić jakąś litanię, różaniec, przystąpić do wszystkich sakramentów – zrób to. Zrób wszystko, co jest niezbędne, żeby się spotkać. Po prostu. Czyż nie?

 

Marta w poezji

Jeśli znasz jej twórczość – będziesz zaskoczony kontekstem powstawania kolejnych piosenek. Gdy będziesz szedł przez książkę zobaczysz, że niektóre teksty różnią się od tych, które słyszysz w nagraniach, np.: w „Tabletkach” nie usłyszysz linijki o Bogu, która jest z kolei w książce.

 

Paweł: Tekst „Tabletek” w książce różni się od tego na płycie. Brakuje linijki o Bogu – czy została dodana już po nagraniu, czy może usunięta przed?

Marta: Pierwsza wersja tekstu „Tabletek” była dosyć posępna i oskarżycielska wobec człowieka. Wypunktowywała nasze błędy, grzechy, uwikłania. Pomyślałam, że nie tędy droga. Nie chcę kija. Wolę marchewkę. Wolę żeby mi ktoś powiedział: „nie bój się, kochaj, zmień swoje życie na szczęśliwe”. A nie: „fe, jak ty żyjesz, to okropne życie, zmień je, bo to jakaś totalna porażka”. Wolę obietnicę nieba niż straszenie piekłem.

 

Marta w Antydepresantach

Książka daje takie poczucie intymnej podróży po życiu Marty (wręcz za rękę). Na pewno jest to spotęgowane tym, że w środku są obrazki rozszerzonej rzeczywistości i za pomocą aplikacji na telefonie można obejrzeć fragmenty czytane przez autorkę wraz z jej wtrętami, których w książce nie znajdziecie. Jeśli się zastanawiasz, czy warto przerywać czytanie, by obejrzeć filmik – nie zastanawiaj się, tylko oglądaj – to przenosi podróż na zupełnie inny poziom.

„Czasami jak cebula puszcza zielony pęd to ja to wsadzam w ziemię i to też hoduję. I świetnie mi idzie.”

W sumie dostajesz 20 rozdziałów, 29 tekstów piosenek, 8 filmów i mnóstwo ilustracji. No właśnie – pełno jest obrazków, więc nie powinni się zrażać Ci, którzy nie lubią czytać 😉 Każdy rozdział jest osobną opowieścią skupioną wokół jednego tematu – chronologia jest tylko lekko zachowana. Tak czy inaczej – trzyma w napięciu i chcesz się koniecznie dowiedzieć co jeszcze się u tej dziewczyny wydarzyło w życiu.

Jest też coś urzekającego w tym jak ona pisze – chyba chodzi o dobór słów – jakaś baśniowość, piękno i poezja. Czułem się trochę jak w Alicji w Krainie Czarów.

„Dzieciństwo było pyszne. Truskawkowo-malinowo-rabarbarowe.”

I taka właśnie Marta zagościła na stałe pod moim dachem. Żona nie pozwala mi jej nowej płyty wyciągnąć z samochodu (a tak właściwie to żongluje Mariką i Zeusem, a ja tak chciałbym posłuchać radia!) a „Antydepresanty” ciągle zmieniają miejsce w domu, bo ktoś do nich zagląda. Samą treść książki połyka się w dwa wieczory, ale wraca się do niej podczas słuchania jej muzyki. Zaskoczyło mnie kilka razy jak tekst wydawał się być radosny, a tak naprawdę był pisany pod wpływem smutnych przeżyć.

Osobiście polecam, możesz wybrać się z Martą w baśniową podróż przez krzaki malin i wysoką trawę, aż w błysk świateł na scenie. Ta pozornie krucha dziewczyna ma w sobie ogromną siłę, a jej serce jest pełne miłości – warto poznać jej historię z tej książki, a nie tylko jej profilu na fejsie.

Kliknij tutaj, by zobaczyć gdzie najtaniej kupić książkę.

PS: a wywiad ofotografowała niezrównana Kasia Kocięcka 🙂